Parafialne rekolekcje wielkopostne
BOGU I CZŁOWIEKOWI CUDOWNIE JEST BYĆ RAZEM!
(7) 8 - 11. 03. 2015


Rekolekcje wielkopostne dla dzieci




Data 2015/03/08 18:30:00 | Temat: Rekolekcje parafialne

Tegoroczne rekolekcje parafialne prowadzi ks. dr Sławomir Zawada, Kapelan i Sekretarz Biskupa Pomocniczego Piotra Gregera, Notariusz Kurii Diecezjalnej Bielsko-Żywieckiej, Diecezjalny Duszpasterz Służby Liturgicznej i Referent ds. Liturgii, Dyrektor Diecezjalnej Szkoły Organistowskiej.
Tradycyjnie Msze Św. w tygodniu w czasie rekolekcji będą o 8.00 i 18.00 z nauką rekolekcyjną.
W ramach rekolekcji we wtorek o godz. 10.00 Msza Św. z udzielaniem sakramentu chorych a po niej spotkanie przy stole dla chorych i starszych wiekiem - to nasz Parafialny Dzień Chorego.
Wieczorem o godz. 20.00 we wtorek zgodnie z hasłem roku nabożeństwo pokutne a po nim wystawienie Najśw. Sakr. i okazja do spowiedzi św. do północy (to z kolei w ramach diecezjalnej akcji NOC KONFESJONAŁÓW!).
Na zakończenie rekolekcji w środę zostanie zebrana ofiara na dzieła, które prowadzi Ks. Rekolekcjonista.
O REKOLEKCJACH...
To nie przypadek, że pierwsze przykazanie Dekalogu domaga się od nas wiary w jedynego Boga i odrzucenia pogaństwa. Jest ono bowiem fundamentem wszystkich innych przykazań oraz prawd wyznawanej przez nas wiary. Wbrew pozorom pogaństwo nigdy nie umarło. W ciągu wieków zmieniało tylko swoje oblicze. Zmieniało bogów i sposoby oddawania im czci. Całe zastępy speców od marketingu duchowego, sztaby ideologicznych wrogów chrześcijaństwa chcą posiać zwątpienie i okraść człowieka z fundamentalnej nadziei, wiary w to, że dobro ma sens, że życie przeżywane z Bogiem ma sens wbrew wszelkim niepewnościom, utrudzeniom i doświadczeniom.
Gdzie zatem ludzie mają znaleźć trwałe punkty odniesienia w społeczeństwie rozbitym i niestabilnym? Pragnę w czasie tych kilku dni wraz z wami zatrzymać się na chwilę i podumać nad życiem, miłością, grzechem, nadzieją nieba. A wszystko to w imię ustawicznego "stawania w prawdzie". Niech będzie to "stawanie w Prawdzie" wobec Boga i wobec siebie samego, nawet jeśli czasami prawda ta jest bolesna i trudna do zaakceptowania. Bo przecież właśnie takie "stawanie w prawdzie" jest jednym z podstawowych obowiązków człowieka, jako człowieka. A tam, gdzie nie ma owego "stawania w Prawdzie", gdzie jest życie w zakłamaniu, w wygodnych kompromisach, tam pojawia się grzech, tam rodzi się cała ludzka nędza i upadek. Tam człowiek traci nadzieję, sens bycia staje się byciem bez sensu.
I dlatego rekolekcje wielkopostne są okazją do zrewidowania wiary i to zarówno na poziomie indywidualnym, jak i wspólnotowym. Jest to pewnego rodzaju okazja do zbiorowego rachunku sumienia, do refleksji nad zagrożeniami zewnętrznymi, ale jeszcze bardziej nad zagrożeniami wewnętrznymi naszej wiary. Zapraszam do parafialnego kościoła - ks. Sławomir.

(7) 8 marzec -   3 NIEDZIELA PRZYGOTOWANIA PASCHALNEGO:    "o życiu, czym jest..."


     
   

Msze Św. z nauką rekolekcyjną: (sobota:18.00) 8.00; 9.30; 11.00; 18.00


(Tekst nauki: o życiu...)

Od zarania dziejów człowiek stawiał sobie fundamentalne pytania O to kim jest? Dokąd zmierza? Jak osiągnąć szczęście? Co jest celem ludzkiego życia?
Z upływem czasu pojawiały się pytania trudniejsze: Jaką miarą mierzyć człowieka?
Czy mierzyć go miarą sił fizycznych, którymi dysponuje? A jeśli już nie ma sił…?
Czy mierzyć go miarą zmysłów, które umożliwiają mu kontakt z zewnętrznym światem? A jeśli już nie widzi, nie czuje - czy przestał być człowiekiem?
Czy mierzyć go miarą inteligencji, która sprawdza się poprzez wielorakie testy czy egzaminy? A jeśli...
Cogito! Ergo sum! Tłumaczył Kartezjusz. Myślę, więc jestem człowiekiem. Ale czy myślenie samo wystarcza by określić człowieka?
Kochaj i rób co chcesz - wtórował mu św. Augustyn. A więc nie tylko cogito, ale również amo ergo sum. Kocham więc jestem człowiekiem!
Ta szeroko pojęta miłość stanowi rozwiązanie problemu ludzkiego istnienia ona jest odpowiedzią na wszystkie pytania o sens.
Jeszcze niedawno uczono nas, że pytanie o sens jest zawsze i ostatecznie pytaniem o Boga. Ale pewne nurty aktualnej cywilizacji sugerują wyraźnie, że można się obyć bez tego pytania, że ono nie jest ważne, że da się żyć bez niego. Że swobodna ironia przemieszana z cynizmem wystarczy w relatywistycznym świecie bez pewników, kompasów i latarni morskich.
Dziś próbuje się przekonać człowieka, że życie bez wartości, jest życiem w prawdziwej wolności. Dziś próbuje wmówić się człowiekowi, że można obyć się bez wartości, bez przykazań, bez Boga, bez fundamentalnych pytań o prawdę, o życie, o sens.
Obecnie świat chętniej słucha dziennikarzy, którzy mu schlebiają; pseudoproroków, którzy usypiają jego sumienie; prawodawców, którzy uświęcają jego zbrodnie, niż prawdziwych mistrzów i nauczycieli. Niż jedynego nauczyciela - Jezusa.
Mało, wmawia się człowiekowi, że imię własnego dobra ma niszczyć to co go ogranicza. "Niszczcie wszystko, co was niszczy" proponują młodzieży dechrystianizujące współczesny świat filozofie. Znaczy to ni mniej, ni więcej: Niszczcie wszystkie struktury społeczne, polityczne i ekonomiczne obecnego świata. Niszczcie istniejące instytucje i autorytety. Niszczcie dotychczasową moralność i dotychczasową etykę. Niszczcie państwo, małżeństwo, rodzinę, szkołę, uniwersytety, a w sposób szczególny religie i Kościoły.
Tak woła dziś człowiek wyzuty z sumienia, z wartości i przykazań. Człowiek bez-Boga. człowiek bezbożny i znieprawiony. Człowiek, dla którego wiarą jest postmodernizm, a aktem kanonizacji gala rozdania Oscarów, albo wyniki oglądalności.
Gdzie zatem ludzie mają znaleźć trwałe punkty odniesienia w społeczeństwie rozbitym i niestabilnym?
Pragnę w czasie tych kilku dni wraz z wami zatrzymać się na chwilę i podumać nad życiem, miłością, grzechem, i nadzieją nieba, a to wszystko w kontekście tematu duszpasterskiego który brzmi "Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię". Nawracajcie się to znaczy: zmieńcie myślenie, zmieńcie postępowanie, zmieńcie życie...
Życie. Czym jest? Jest darem Boga. Tajemnicą. Kruchym cudem, który od Niego, przez nas, ku Niemu i do Niego przepływa. Nie ma ono w nas ani swoich źródeł, ani swego kresu.
Chrześcijaństwo głosi, że kontemplacja prawdy o Chrystusie, gównie prawdy Wcielenia dopełnionego Krzyżem i Paschą rzuca jasny snop światła na wszelkie niejasne rejony pytań: "czym jest moje życie?" i "jak żyć?". Nie ma zresztą pytań ważniejszych. Próbujmy zatem szukać odpowiedzi w czasie tych rekolekcji.
Najbardziej charakterystyczną cechą świętowania Męki i Zmartwychwstania Jezusa w hiszpańskiej Andaluzji są maszerujące po mieście wielotysięczne procesje. Ludzie maszerują wśród emocji i muzyki, egzaltacji i patosu, łez i wzruszeń, z posągami cierpiącego Chrystusa i Matki Boskiej Bolesnej. W jednej z dzielnic Sevilli, znajdującej się za rzeką Guadaląuivir, w starej dzielnicy Triana mieszkańcy obnoszą w procesji posąg Chrystusa, który od kilkuset lat nosi nazwę El Cachorro - "Szczeniak". Skąd ta zaskakująca nazwa? Otóż. Przed trzema wiekami, kiedy rzeźbiarz - twórca posągu umierającego Chrystusa zmagał się z oddaniem oblicza Jezusa w agonii, pewnego późnego wieczoru, w jednym z zaułków Triany trafił na konającego młodego Cygana, człowieka z ówczesnego półświatka. Cygan umierał właśnie, przed chwilą zasztyletowany. Jego wykrzywiona w śmiertelnej udręce twarz, twarz człowieka o ksywie "Szczeniak", posłużyła twórcy jako wzorzec do oddania agonii Chrystusa. Wywrócone oczy, siność, konwulsje, rysy pospolite człowieka z dołów społecznych.
Myślę, że jest to fenomenalna metafora tego, co się stało i dzieje pomiędzy Bogiem i człowiekiem. To wszystko, co się składa na prozę i poezję naszego życia, na nasze wzloty i upadki, na nasze radości i smutki, na nasze sukcesy i klęski, nasze tu i teraz, życie i śmierć zostaje oto objęte wszechmocą, miłosierdziem i wiecznością Boga.
Twarz zasztyletowanego rzezimieszka dzięki Wcieleniu i poprzez Wcielenie może odtąd służyć jako portret tej jedynej Twarzy, dzięki której zbawienie przyszło na świat. Twarz tamtego zamordowanego przed wiekami Cygana nabiera Boskiego blasku. Twarz każdego z nas dzięki Wcieleniu i poprzez Wcielenie nabiera Boskiego blasku. Wszak wszyscy jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, ale nie we wszystkich to podobieństwo się uwidacznia. Czy w mojej twarzy mogą dziś inni dostrzec Chrystusa?
Historia z Chrystusem zwanym w Sevilli po dzień dzisiejszy El Cachorro jest jednym ze znaków wiary chrześcijan wszystkich miejsc i czasów że od momentu Wcielenia los człowieka jakikolwiek los jakiegokolwiek człowieka splótł się nierozerwalnie z losem Boga. Na tym też polega dobra nowina o naszym życiu: Bogu i człowiekowi cudownie jest być razem. I im jest IM bliżej do SIEBIE, tym IM lepiej ze SOBĄ.
Ze stanem naszych umysłów i serc, teraz, w drugiej dekadzie XXI wieku bywa różnie. Wiemy to "po sobie". Nieraz wydaje nam się, że tempo naszego życia i tego, co dzieje się wokół nas, sprawia, że jest to życie w ciągłej gonitwie, na wszystko brakuje nam czasu, dla bliskich, dla siebie, dla Pana Boga... I na różne sposoby próbujemy gorycz porażki odegrać na kimś lub na czymś - najczęściej na rodzicach, na żonie, na mężu, na dzieciach...
Nieraz doskwiera nam doświadczenie naszego losu doświadczanego jako jednej wielkiej pomyłki. Nie robimy tego, czego naprawdę pragniemy, nie jesteśmy z tymi, z którymi naprawdę chcielibyśmy być... I mimo że jesteśmy niby pokoleniem wygranym, to jednak... To wszystko jest bardzo odlegle od marzeń, które jeszcze niedawno - wydawało się - wyznaczały przyszłość pełną światła, pełną nadziei.
Nieraz też jest tak, że wydaje nam się, iż człowiek żyje życiem podobnym zwierzęciu. W taki też sposób myślimy nieraz o własnym życiu. Człowiek zdobywa pożywienie, lepi gniazdo, rozmnaża się, karmi młode, gryzie, skamle. Ale jednak buntujemy się przeciwko takiej wizji człowieczego życia. Bo przecież wiemy, że wszystkie te czynności i cala ludzka krzątanina potrzebują busoli, punktu organizującego całość. Jakiegoś wyższego porządku, dla którego warto kochać i cierpieć, walczyć i zmagać się z chorobą, dla którego warto lepić gniazdo i karmić młode. I potrzebujemy kogoś, kto usłyszy nasze skomlenie. Ten problem i towarzyszące mu pytania są stare jak człowiek. Zmierzam do tego, że ową busolą owym "punktem orientującym" jest Chrystus, że tylko On jest "Zawiasem", na którym można i warto zawiesić drzwi naszego życia. Jest "Bramą", przez którą prześwituje wieczność. Że tylko dzięki Niemu życie nabiera blasku i sensu. Wszystkie inne zawiasy i busole są iluzoryczne bądź na krótką tylko metę. Natomiast kiedy On - jak powiada św. Paweł w Liście do Kolosan - zyskuje pierwszeństwo we wszystkim (to znaczy w tym, co się składa na moje i nasze życie), wtedy życie staje się prawdziwie ludzkie, blasku i sensu nabiera wszystko, co się nań składa, łącznie z "lepieniem gniazda" i "karmieniem młodych". Dlatego Bóg stał się człowiekiem.
Dlaczego jeszcze? To pytanie, które stawiało już sobie wiele pokoleń przed nami, a które w najbardziej klasycznej formie postawił św. Anzelm: "Cur Deus Homo?" - "Dlaczego Bóg człowiekiem?", to pytanie z obietnicą sensu w tle prowokuje do namysłu juz ponad dwadzieścia wieków.
Postawmy je i dzisiaj na użytek naszego myślenia, naszego życia. Dlaczego Bóg stał się człowiekiem? Dlaczego Bóg, druga Osoba Trójcy Świętej przyjął postać Sługi, przybrał twarz brata, siostry, szefa, sąsiada, twarz żebraka...
A więc Bóg staje się człowiekiem głównie po to, by nas zbawić, wybawić z bezsensu. By nadać sens temu wszystkiemu, co się składa na naszą codzienność. Ale również po to, aby nam pokazać autentycznego człowieka. Chrystus pokazuje co znaczy być człowiekiem. Dzięki Jezusowi Chrystusowi wiemy, kim jest Bóg i kim jest człowiek. Gdyby nie On, to po dziś dzień z lampą Diogeneta szukalibyśmy człowieka. - Niepewnie i bez większych szans na sukces. Wszak ciągle się zawodzimy na ludziach. Pokorni spośród nas dodadzą, że głównie na sobie...
Jeszcze jedna to wersja prawdy, która jak złota nić przewija się przez całe nasze dzisiejsze rozważanie: im bliżej Boga, tym piękniejszy jest człowiek.
Syn Boży stał się człowiekiem by pokazać, że człowiek nie może bez Boga kwitnąć, owocować, nie może w pełni bez Boga być sobą. Dla człowieka pozbawionego Boga wszystko po kolei może stać się bożkiem: rasa, klasa, pieniądze, seks, praca, ideologia, alkohol, partia, TV, byle co. Jak mawiał Karl Barth: "karą za odrzucenie Boga jest zawsze jakaś forma niszczącego człowieka bałwochwalstwa".
Po cóż jeszcze "cur Deus Homo?" Dlaczego Bóg człowiekiem? By nas przeprowadzać przez chybotliwą, cienką granicę pomiędzy zezwierzęceniem a humanizacją. Stał się dowodem, że to jest możliwe. W każdym z nas jest bowiem owa słynna granica poniżej której staczamy się, a powyżej której jesteśmy naprawdę sobą. Postać syna marnotrawnego jest tutaj obrazem nie do przezwyciężenia. Można zejść tak nisko, że się człowiek "ześwini".
Chrystus pokazuje, że można nie przekraczać pewnej granicy: można kochać z krzyża i można przebaczać cierpiąc... Nie można człowieka zrozumieć bez Chrystusa - powtarzał wielokrotnie Papież Jan Paweł II. Właśnie w tym znaczeniu. Bo w Chrystusie istnieje odpowiedź na pytanie o ludzkie życie: "czym jest? I jak żyć?" Bo w harmonii Jego bóstwa i człowieczeństwa widać, że Bogu i człowiekowi cudownie jest być razem.
Prawda o Wcieleniu mówi nam na temat naszego życia jeszcze coś bardzo ważnego. Mianowicie to, że Bóg jest Bogiem życia, mojego życia.
Oznacza również, że mogę Boga skutecznie znaleźć a wcześniej sensownie poszukiwać, tylko i wyłącznie w obszarze mojego, własnego, osobistego życia; nie gdzie indziej. Żadna ucieczka od siebie, od swojego wzrostu i wagi, od swoich genów, od swojego pochodzenia, od swojego domu, kształtu losu nie jest dobrym rozwiązaniem. Bóg z całą obietnicą zbawienia, z łaską, z pomysłem na moje szczęście znajduje się w samym sercu tego, co jest moim życiem, moim losem, moją biografią. Bóg nie szydzi ze mnie. Nie umieszcza sensu niedosiężnie - zbyt daleko od mojej głowy, mojego serca i rąk. Ucieczka od własnego życia nie jest rozwiązaniem. Przeciwnie: trzeba głębiej się zakorzenić w swoim własnym życiu. Z jakiś powodów Bóg chciał, byśmy przyszli na świat pod innym niebem, i pod innym niebem mieszkali, z piwnymi bądź niebieskimi oczami, uwikłanymi w swój czas, głupi i mądrzy zarazem.
Tak właśnie Chrystus, rodząc się około roku zero, w okolicach jeziora Galilejskiego, z określonym wzrostem i wagą, był człowiekiem jak my - konkretnym. Nie da się być człowiekiem "w ogóle", "jako takim". Zawsze jest się człowiekiem konkretnym, którego Bóg chciał tu mieć dla niego (człowieka) samego. Taka jest więc istota całego życia: Bogu i człowiekowi cudownie jest być razem. Im bardziej są razem, tym bardziej są SOBĄ.
Chrześcijaństwo uważa, że ma receptę na wszelkie kłopoty z istnieniem. Głosi to bez pychy, za to z ufnością wobec Prawdy większej niż człowiek: zbawienie jest w Jezusie Chrystusie. W niczym innym i w nikim innym! Troska o Jego łaskę, o wspólnotę z NIM, o naśladowanie powinna być troską naszego życia. Troską o nasze życie.
On - Jezus Chrystus jest wszystkim w naszym życiu, choćby z naszym życiem bywało rożnie. On jest też odpowiedzią na pytanie czym jest życie i jak żyć. Zapisem tego doświadczenia jest wiersz autorstwa ks. prof. Jerzego Szymika zatytułowany KYRIE. Jest to próba zapisu doświadczenia konkretnego życia, konkretnego człowieka, przed jakże konkretną pięćdziesiątką. Ale Ufam, że jest w tym tekście coś więcej, coś, co pozwoli nam zobaczyć również siebie w jego - wiersza - odbiciu. Z tą nadzieją czytam jego strofy:

Panie
jest inaczej niż miało być
ani góry, ani morwy nie rzucają się w morze na moje słowo,
nieustannie idzie na burzę, nieustannie czerwieni się zasępione niebo,
fale zalewają łódź, a wichry i jezioro nigdy nie są mi posłuszne
mam kilka ryb, siedem chlebów, i nieskończoną wielość głodnych do wykarmienia,
dotykałem tylekroć Twojego płaszcza a nie jestem zdrowy
Ojciec niebieski ma coraz mniej pracy z liczeniem moich włosów
a jestem w gorszym położeniu niż Jair, bo nie mam córki
mam oczy, a nie widzę, mam uszy, a nie słyszę; często też wpadam w ogień i w wodę
moje oczy wilgotnieją nieraz, ale nie od Twojej śliny, stąd też widzę niewyraźnie
ani odcięta prawica, ani wyłupione oko nie uczyniły mnie lepszym
tęsknię za Tobą, Ulituj się nade mną.
Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić.

On chce, czyni to od ponad dwóch tysięcy lat, codziennie na ołtarzach całego świata. Zaprasza, chociaż nie jest natrętem. Stoi u drzwi i kołacze. Czy Mu otworzysz? Czy stać Cię na zmianę od tych rekolekcji? Na zmianę myślenia? Na zmianę postępowania? Na zmianę życia? Na nawrócenie?
AMEN.

(Źródła: Jan Paweł II, Przemówienie do młodzieży akademickiej, Warszawa, 3 czerwca 1979 r.; S. Wielgus, Kościół katolicki dziś, w: http://poznajmy-prawde.blog.onet.pl; J. Szymik, O cudzie wcielenia, Katowice 2000.)

Gorzkie Żale z kazaniem pasyjnym o godz. 17.00



9 marzec -   Poniedziałek:    "o miłości, czym jest..."

Msze Św. z nauką rekolekcyjną: 8.00 i 18.00



(Tekst nauki: o miłości...)

Miłość. Czym jest? Dla niej tracimy głowę. W wielu sensach tego zwrotu. Bez niej nie chcemy i nie potrafimy żyć. Nie jest to jednak wartość, którą wymyślili narzeczeni trzymający się za ręce w alei kasztanów. Uświadamiamy sobie, że to Bóg i tylko Bóg jest Miłością. Jeśli mówimy, że stół jest z drewna, a szyba ze szkła, to Bóg jest z miłości. Z zachowaniem oczywiście wszelkich proporcji tych porównań. Wyznaje to z takim zachwytem św. Jan w pierwszym swoim Liście (1, J 4, 16), a sam Chrystus wypowiada stwierdzając: "Tak Bóg umiłował świat..." (J 3, 16). Podstawowym kluczem do zrozumienia tajemnicy naszego życia jest ta właśnie miłość. Chrześcijaństwo jest religią miłości, nie cierpienia. Cierpienia o tyle, o ile nie da się nieraz kochać nie cierpiąc. Bez rozumienia Boga przez pryzmat miłości i miłości przez pryzmat Boga nasz umysł i nasze serce pozostają pogańskie. Jakże często nie rozumiemy, że to nie siła, nie spryt, nie wiedza, taktyka, ziemskie potęgi nadają rytm i kierunek biegowi świata. Że to nie tak, że to cicha, wyszydzona, niepojęta, odrzucona i ukrzyżowana miłość...i że naśladować Boga znaczy właśnie tak kochać.
Bóg jest miłością, tzn. ruchem dawania, udzielania się, obdarowywania. To jest tajemnica Boga w Trójcy. Ale Bóg będąc miłością nie zasklepia się w sobie, w Trójcy. Wychodzi na zewnątrz. "Kipi" miłością. Pierwszym efektem tego wyjścia jest dzieło stworzenia świata, a w świecie - człowieka. Drugim efektem jest dzieło odkupienia. Właśnie: "Tak Bóg umiłował świat, że Syna swojego Jednorodnego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne" (J 3, 16). Oczywiście ta Miłość, którą jest Bóg, przekłada się realnie i praktycznie na wszystkie miłości naszego życia, tak cenne i ważne dla naszego życia, że bez nich nie bylibyśmy ludźmi.
Siostro i Bracie!
Poczuj świat trzymany w rękach tej Miłości i zrozum, że właśnie dlatego świat ma sens, wbrew wszelkim bezsensom. I poczuj siebie, swoje życie. Ono również, w rękach tej Miłości, ma sens, wbrew wszelkim niepewnościom, utrudzeniom i doświadczeniom.
Również poczuj się przedstawicielem, rzecznikiem, ambasadorem tej Miłości. Bo tak zamierzył Bóg. On Cię posyła jako ojca, matkę, jako syna czy córkę. Masz być w swojej rodzinie, w miejscu pracy, w środowisku przyjaciół ambasadorem miłości Boga, a nie jego karykaturą. Do tego powołał cię Bóg. Posłuchaj, co mówi na początku stworzenia, w Księdze Rodzaju, posłuchaj jakby narady Boga: "Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam" (Rdz 1, 26). Komu? Podobnego wspólnocie Osób Boskich, z których "kipi miłość". A więc obrazem, ucieleśnieniem, promieniem Boga w tej Jego Miłości jest człowiek. Stąd podstawowe, pierwsze przykazanie, tzn. wyznacznik życia ludzkiego, chrześcijańskiego: Będziesz miłował - "z całego serca, z całej duszy, ze wszystkich sił swoich" (Mt 22, 37-39) Boga, a w Bogu bliźniego, tzn. drugiego człowieka. Będziesz miłował, tzn. cały będziesz miłością. Nie szewcem, nie fryzjerką, nie nauczycielem, lekarzem, architektem, biznesmenem, politykiem, nawet nie ojcem, matką, księdzem, zakonnicą, nie! Cały będziesz miłością! Kim byłbym jako ksiądz nie kochając spotykanych ludzi?
Mniej lub bardziej sprawnym urzędnikiem słusznej instytucji. Kim byliby rodzice nie kochając? Mniej lub bardziej sprawnymi treserami. Kim byliby małżonkowie nie kochając siebie? Bardziej lub mniej sprawnymi kochankami? Można by tu w naszej refleksji iść w różnych kierunkach - osobistych, rodzinnych, społecznych. Bycie fryzjerką, politykiem, ojcem, mężem, matką, żoną - kimkolwiek - jest tylko odmiennym, oryginalnym sposobem miłowania, bycia miłością, urzeczywistnianiem miłości. Jeżeli tak nie jest - bycie kimkolwiek nie ma sensu.
Kapitalnie kwituje to Święty Paweł w 13 rozdziale 1 Listu do Koryntian: "Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką możliwą wiarą, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym" (1 Kor 13, 1).
Szczególną płaszczyzną, gdzie ludzie mają być miłością, jest małżeństwo i rodzina. Zauważmy, kiedy Bóg stwarza człowieka na swoje podobieństwo, a więc jako obraz i promień swojej miłości - dodaje Autor natchniony: "stworzył mężczyznę i niewiastę' i błogosławiąc im Bóg dołącza wezwanie: "Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną" (Rdz 1, 27-28). Czyli ten układ mężczyzny i kobiety, ich związku i powstającej rodziny przewidziany i postanowiony został po to, by był szczególnym obrazem miłości Boga, by realizował tą miłość, by ją ucieleśniał, wyrażał. Już tu możemy powiedzieć, że układ mężczyzny - kobiety, ściślej małżeństwa i rodziny to jest instytucja miłości, warsztat miłości. Nie byle jaki warsztat, ale pracownia rzeźbiarska, gdzie się rzeźbi i uczy rzeźbić miłość - z wezwania, z mandatu i tchnienia Bożego. Wypowie to św. Paweł w Liście do Efezjan. Do mężów i żon mówi tak: "Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej. Żony niechaj będą poddane swym mężom jak Panu... Mężowie, miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydal samego siebie, aby go uświęcić... Tajemnica to wielka, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i Kościoła" (Ef 5, 21-33). Zatem tej małżeńskiej miłości mężczyzny i kobiety zadane jest odwzorowanie miłości Chrystusa do Kościoła. Już tu możemy się zapytać: dlaczego wierność? Bo Chrystus jest wierny Kościołowi. Dlaczego nierozerwalność? Bo Chrystusa i Kościoła nie można rozerwać. Jak chcą niektórzy głoszący idee Chrystus tak, Kościół nie! Nie można być wierzącym niepraktykującym. Podobnie jak nie można być kochającym niepraktykującym. W przymierzu małżeńskim, w takim wzajemnym oddaniu, na wzór Chrystusa, małżonek nie tylko nie zrobi współmałżonkowi nic złego, nie urazi słowem, nie będzie gruboskórny, egoistyczny, nie zniszczy czyjegoś życia... Nie tylko! Jest gotów oddać swe życie za współmałżonka. I to życie trzeba oddawać, chwila po chwili, posługa za posługą, cierpliwość za cierpliwością, przebaczenie za przebaczeniem...
Siostro, bracie żyjący w małżeństwie i rodzinie - oddaj życie i oddawaj go każdego dnia! To jest wierność przymierzu małżeńskiemu na wzór Chrystusowego oddania.
Trzeba stać kimś, komu się życia nie zabiera, nie utrudnia, nie uprzykrza, ale kimś, kto życie sam daje, wydaje. I wtedy człowiek nie czuje w małżeństwie i rodzinie krzywdy. Jako wniosek dopowiedzmy jeszcze jedną bardzo ważną rzecz. Małżeństwo i rodzina to nie tylko wartość święta, ale droga do świętości, droga do uświęcenia. Zauważmy: skoro to wszystko, co związane jest z małżeństwem i rodziną, jest z Boga i w Bogu, skoro jest nośnikiem Jego zamysłu, Jego miłości stwórczej i zbawczej, to jakże to się może odbywać poza Bogiem, jakże tego można nie przeżywać w Bogu, jakże to może nie prowadzi do Boga, jakże może nie łączyć z Chrystusem, jakże może nie uświęcać? Świętość, uświęcenie małżonków odbywa się nie w kościele, lecz w małżeństwie i rodzinie. Intuicyjnie czujemy jakiej to wymaga mobilizacji, trzymania serca przy Chrystusie, wznoszenia myśli do Niego, radzenia się Go we wszystkim, przyzywania Jego światła i Jego siły, a więc trwania w sakramentach i na modlitwie. Tak by inni patrząc na nas współmałżonek, ojciec, syn, brat... mogli dostrzec nasze życie: dobroć, uczciwość, odnoszenie się do innych, decyzje życiowe jako podyktowane wiarą.
Siostro i bracie. Wbrew temu, co w świecie uznaje się za modne, za wartościowe, a co często rozlewa się brudnym potokiem, ty bądź nośnikiem i obrońcą małżeństwa i rodziny, jako wartości świętej i źródła uświęcenia.
Wiele imion ma miłość. Tyle ważnych miłości przetacza się przez nasze życie; miłość małżeńska, miłość przyjaciół, miłość w relacji dziecko - rodzic. Miłości, które dopadają nas znienacka, które trwają wiele lat, które stygną i bywają rozpalane, którym jesteśmy wierni i niewierni, którymi władamy i które nami władają. Miłość na tysiące sposobów. Udanych i nieudanych. Ale tylko kochając jesteśmy dziećmi Boga, który jest miłością. Warto więc pracować wytrwale nad miłością w naszym życiu: leczyć jej choroby, oczyszczać ją, uintensywniać, przywracać jej siłę, ogień, blask.
W Stanach Zjednoczonych pewien mężczyzna - kierowca ciężarówki - uległ wypadkowi na oblodzonej drodze. Jego samochód, w czasie pokonywania górskiej trasy, stoczył się z drogi. Dopiero po kilkudziesięciu godzinach - zupełnie przypadkiem - odnaleziono wrak samochodu z martwym ciałem. Kierowca jednak nie zginął od razu. Żył jakiś czas - ranny i uwięziony w szoferce. Zostawił po sobie list. Pisał go ze świadomością zbliżającej się śmierci - z ran i zimna. Był to list do jego żony! Pisał w nim - czytam teraz jego fragmenty:

Najdroższa żono, /.../ na szczęście /.../ mam trochę czasu, by powiedzieć Ci to, o czym zapominałem Ci powiedzieć tak wiele razy. Kocham Cię, najdroższa. Kiedyś żartowałaś sobie ze mnie, że kocham swoją ciężarówkę o wiele bardziej niż Ciebie, bo spędzam z nią więcej czasu. To prawda - kocham tę kupę żelastwa i muszę przyznać, że nigdy mnie nie zawiodła /.../ zawsze mogłem na nią liczyć. Wiesz co? Ciebie kocham dokładnie z tych samych powodów. I ty pomagałaś mi przetrwać najtrudniejsze chwile. /.../
Jestem ranny i wygląda to dość poważnie. Czuję, że właśnie przejechałem ostatnią milę w swoim życiu i chcę Ci powiedzieć to wszystko, co powinno zostać powiedziane wiele razy już dawno. Wszystko to, o czym zapomniałem, zbyt zajęty swoją ciężarówką i pracą. W tej chwili myślę o naszych rocznicach ślubu i urodzinach, na których mnie zabrakło. /.../ Myślę o Twoich samotnych nocach spędzanych na zastanawianiu się, gdzie jestem i czy wszystko ze mną w porządku. Myślę o chwilach, w których chciałem do Ciebie zadzwonić, żeby po prostu powiedzieć "cześć', i jakoś tego nie robiłem. /.../
Wiesz, jesteś piękną kobietą - zdaje się, że dawno Ci tego nie mówiłem, ale tak jest. Popełniłem w życiu wiele błędów, lecz jeśli w ogóle podjąłem kiedyś jakąś dobrą decyzję, na pewno było nią poproszenie Cię o rękę. /.../ Byłaś ze mną na dobre i na złe. Najdroższa, tak bardzo kocham Ciebie i dzieci. /.../ Niezmiernie Cię potrzebuję i wiem, że już za późno. To śmieszne, ale jedyna rzecz, która jest tu teraz ze mną, to moja ciężarówka, ten przeklęty gruchot, który rządził naszym życiem, przez tak wiele lat. Ta powykręcana kupa złomu, z którą i w której spędziłem całe życie. Jednak ona nie jest w stanie odwzajemnić mojej miłości. Tylko Ty możesz to uczynić. Jesteś teraz tysiąc mil stąd, ale czuję się tak, jakbyś była przy mnie. Widzę Twoją twarz, czuję Twoją miłość /.../. Powiedz dzieciom, że bardzo je kocham /.../. To już wszystko, kochanie. Boże, tak bardzo Cię kocham. Uważaj na siebie i pamiętaj, że kochałem Cię ponad życie, tylko zapomniałem Ci o tym powiedzieć.


Tylko zapomniałem Ci o tym powiedzieć! Nie wolno nam marnować życia ukrywając miłość, nie okazując swego pragnienia miłości! Miłość nie spada z nieba, trzeba ją budować. Trzeba trudu i poświęcenia. Ktoś powiedział, że nieuczęszczane ścieżki przyjaźni i miłości zarastają. Czy i co robisz, by je przedeptać, odświeżyć? Jaki telefon należałoby wykonać jeszcze tego wieczoru, jaki adres woła o list, gdzie trzeba wpaść z bezinteresowną wizytą? Być może jest tutaj pora dla każdego z nas, by przemyśleć te wszystkie pola życia, w których kochamy, i zrobić rachunek sumienia.
Niemiecki filozof Johannes Hessen w jednej ze swoich prac pisze, że aby spotkać Boga, który jest Miłością, trzeba w życiu kochać. Bóg nadaje na falach, którym na imię miłość, nie na innych. I by odebrać Jego głos, Jego prawdę, Jego przesłanie, Jego zbawienie, trzeba kochać. Aż tyle i tylko tyle. Spotkać Boga można jedynie w tych rejonach, w innych nie przebywa. I ma na myśli Hessen rzeczy bardzo proste. Miłości przez bardzo małe "m". Miłości polegające na tym, że używa się dłoni po to, aby pogłaskać główkę dziecka, a nie po to, aby dać w twarz drugiemu człowiekowi. Używa się palców u nóg po to, by stąpać cicho przy łóżku chorego, a nie po to, by kopać tego, który leży. Jeśli jest prawdą, co na różne sposoby staramy się w tych dniach przemyśleć, że Bogu i człowiekowi cudownie jest być razem, to głównie ta właśnie sfera, sfera miłości jest tego najwymowniejszym dowodem, znakiem, przestrzenią.
Skąd czerpać siłę do życia? Otóż właśnie stąd, że wierzy się w to, iż kochać wystarczy, by życie było nasycone. Nie trzeba robić niczego więcej w życiu, jak tylko pozwolić się kochać Bogu i podawać te miłość dalej. Taka jest optyka miłości Boga. I taka jest optyka patrzenia człowieka, który kocha. Potrzeba nam właśnie takiego patrzenia na siebie. Z miłością, uśmiechem i przyjaźnią. Patrzenia po Bożemu, bo jesteśmy Jego dziećmi. Jak niewiele potrzeba, aby świat stał się bardziej ludzki, bez wrogości, nienawiści i przemocy, aby wznieść swoje serce ponad zło i kochać.
Zakończę wierszem. Jeden z najpiękniejszych chyba wierszy miłosnych, jaki kiedykolwiek czytałem napisała pewna amerykańska dziewczyna. Nosi on tytuł: O tym czego nie uczyniłeś.

Pamiętasz ten dzień,
kiedy pożyczyłam od ciebie twój nowy samochód i rozbiłam go?
Myślałam, że mnie zabijesz, ale nie zrobiłeś tego.
Czy pamiętasz, jak kiedyś wyciągnęłam cię na plażę,
chociaż twierdziłeś, że będzie padać i rzeczywiście padało!
Myślałam, że zawołasz: A nie mówiłem!
Ale nie zrobiłeś tego.
A pamiętasz, jak kokietowałam wszystkich, żeby wzbudzić twoja zazdrość
i ty byłeś zazdrosny?
Myślałam, że odejdziesz ode mnie, ale tego nie zrobiłeś.
A pamiętasz, jak zapomniałam ci powiedzieć,
że na pewnym przyjęciu obowiązują stroje wieczorowe,
a ty przyszedłeś w dżinsach?
Myślałam, że mnie wtedy spoliczkujesz, ale nie zrobiłeś tego.
Zawsze miałeś dla mnie cierpliwość, kochałeś mnie i broniłeś.
Mam na sumieniu tyle win wobec ciebie.
Tak bardzo chciałam cię prosić o przebaczenie,
kiedy wrócisz z Wietnamu, lecz ty nie wróciłeś.


Wiersz wprawdzie kończy się smutno, ale ja chciałbym Ci pozostawić z sercu radość. Całe dobro, jakie możesz uczynić drugiemu człowiekowi, staraj się okazywać natychmiast. Nie odkładaj tego na później, ani nie zaniedbuj. Miłość nie lubi być odsuwana.
AMEN.

(Źródła: J. Szymik, O cudzie Wcielenia, Katowice 2000.; Z. Maciejewski, Pochwała miłości, w: www.forum.plock.opoka.org.pl/kazania; Jan Paweł II, List do Rodzin.;Adonai.pl)

10 marzec -   Wtorek:    "o grzechu, czym jest..."

Msze Św. z nauką rekolekcyjną: 8.00 i 18.00

(Tekst nauki: o grzechu...)

Grzech. Czym jest? Jest odcięciem się od Boga ze względu na podejrzliwość wobec Niego. To tak jak z człowiekiem, którego o coś podejrzewamy i świadomie bądź podświadomie odsuwamy się od niego. Takie odcięcie od Boga, źródła życia, jest śmiercią. W najprostszym, najbardziej literalnym, a jednocześnie najbardziej okrutnym i okropnym sensie tego słowa. Człowiek odłączony od Boga umiera daleko głębiej i prawdziwej niż jak ktoś, odcięty od powietrza, pozbawiony pokarmu, wykrwawiony. Umiera jak ktoś odłączony od źródła życia, którym jest Bóg sam i tylko Bóg sam. Życie nie płynie skądinąd jak z Boga...
Skąd bierze się owa podejrzliwość wobec Boga? Sięga ona swoimi korzeniami tej podejrzliwości, o której opowiadają pierwsze rozdziały Księgi Genesis. Bóg jest tam postrzegany przez kuszonego (podszeptami szatana) człowieka jako "Ktoś łasy na ludzkie szczęście", jako "Ktoś, komu nie w smak jest ludzka wolność". Jako "Ktoś, kto konstruuje dla człowieka klatkę", której pręty są zrobione z przykazań. Jak "Ktoś, kto stworzył świat nie dla dobra z miłości, ale dla złośliwości z okrucieństwa". Kiedy człowiek odchodzi od Boga, kiedy wybiera grzech zamiast Boga, wówczas jego życie staje się wegetacją z przetrąconym kręgosłupem. Jak drzewo ze świeżo zniszczonym korzeniem: jeszcze stoi, jeszcze zielenieje, jeszcze drżą na jego gałęziach owoce, ale tuż za moment to wszystko się skończy. Świat pozbawiony Boga, tak sarno jak człowiek pozbawiony Boga, to rzeczywistości, z których wycieka istnienie jak z dziurawego garnka woda, jak z przebitej opony powietrze: przeraźliwie i ze złym, śmiertelnym skutkiem. Człowieka jest mniej i człowiek jest mniej człowiekiem.
Oto sparafrazowany obraz powieści pod tytułem "Oścień śmierci" (Paul Maier): Zgaszone lampki przy tabernakulach, z których wysypuje się Najświętszy Sakrament... Kościoły zamienione na garaże lub sale koncertowe. Ekipy porządkowe usuwające przydrożne krzyże... Rozwiązane zgromadzenia zakonne... Z dalekich krajów wracający zawiedzeni misjonarze... Z byle jakiego powodu rozchodzące się małżeństwa... Brak chętnych do pracy w domach opieki...Ogarniająca rozpacz i beznadzieja... Porzucone dzieci... Wyjące psy, zwiędłe drzewa, kwiaty. Bełkot zamiast mowy - istna wieża Babel. I przenikliwy płacz dochodzący zewsząd...
Mniej więcej tak dałaby się opisać bezbożność i jej pierwszy główny skutek: zamieranie życia, wyciek istnienia. Tak to widać ewangelicznym okiem, tak to pojmuje nawrócone serce: Bóg jest Bogiem życia i uzasadnienia, skutkiem zaś grzechu jest nieodmiennie śmierć; w konsekwencji - nicość. Jeśli to człowiek rozumie, rozumie naprawdę wiele z mechanizmów rządzących życiem. To się przekłada na konkrety. Kościół jest zawsze po stronie życia: buduje szpitale, wspiera rodziny i rodzinność, sprzeciwia się eutanazji i aborcji. Różne zaś postacie bezbożności będą zawsze po stronie zabijania i śmierci.
Nie od rzeczy będzie przypomnieć w tym miejscu słynne adagium Piusa XII, który powiedział, że jednym z największych grzechów naszego wieku jest utrata poczucia grzechu. Być może właśnie ta utrata jest przyczyną fałszywie stawianych diagnoz, braku rozumienia tego, co dzieje się z naszym światem, z nami. Ale, jak to jest? Człowiek chce być szczęśliwy, chce żyć gęstym, soczystym życiem, chce być bliski Bogu. No więc dlaczego, nawet wtedy, kiedy rozumie doskonale ów mechanizm, że Bóg to życie, że grzech to śmierć, dlaczego mimo wszystko czyni zło?
Skąd bierze się grzech w naszym życiu? Jedną z najważniejszych odpowiedzi w dziejach świata na to pytanie są sceny kuszenia Ewy i Adama w raju oraz Jezusa na pustyni. Wsłuchajmy się z kontemplatywnym spokojem w geniusz biblijnych wersetów; spróbujmy jeszcze raz odkryć ich siłę, blask i życiodajną mądrość.
"A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył. On to rzekł do niewiasty: ''Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?''. Niewiasta odpowiedziała wężowi: ''Owoce z drzew tego ogrodu jest możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jest z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli''. Wtedy rzekł wąż do niewiasty: ''Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali i dobra i zło''. Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią: a on zjadł. A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski" (Rdz 3, 1-7).
I drugi tekst:
"Wtedy Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabla. A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód. Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: "Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem". Lecz On mu odparł: "Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych". Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na narożniku świątyni i rzekł Mu: "Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest przecież napisane: Aniołom swoim rozkażę o tobie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień". Odrzekł mu Jezus: "Ale jest napisane także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego". Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: "Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon". Na to odrzekł mu Jezus: "Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i jemu samemu służyć będziesz". Wtedy opuścił Go diabeł, a oto aniołowie przystąpili i usługiwali Mu" (Mt 4,1-11).
W podobny sposób, w tych samych rejonach życia i z tą samą subtelną perfidią, jestem kuszony i ja. To bywa bardzo trudne do zrozumienia, a zwłaszcza do rozróżnienia: co jest głosem łaski, a co pokusą Złego? Docierają do nas różne głosy. Jak je rozpoznać? Szatan jest przewrotny. Jest przedrzeźniaczem Boga, kłamcą, owszem, ale wybitnie wyrafinowanym. Prezentuje się jako przyjaciel ludzkości i człowieka. Maluje wszystko w barwach ciepłych, argumentuje w sposób strawny, łatwy do przełknięcia. Jest urokliwy i błyskotliwy, a Pismo cytuje dla własnych celów. Jak więc odróżnić szept diabla od głosu Boga w moim życiu? Spróbowałem oto spisać dwa programy na dwóch różnych, ale symetrycznych niejako kartkach. Dwa programy złożone właściwie z samych cytatów i parafraz biblijnego tekstu:
Pierwszy, szatana: Nie umrzecie. Na pewno nie umrzecie. Otworzą się wam oczy. Wasza wiedza będzie równa Bożej. Wszystko będzie bardzo piękne, przyjemne i łatwe. Kamienie mogą zamieniać się w chleb i będą się zamieniały w chleb. Pustynia będzie, ot tak, rodziła owoce. Przepyszne królestwa świata będą waszą własnością. Wasze najgłębsze pragnienia - bycia podziwianym i luksusu - doczekają się realizacji. Aniołowie będą was nosili na rękach. Dzięki ich opiece ani w ogóle, ani przypadkiem nie urazicie swej nogi o kamień. Czyli cierpienie na pewno was ominie. Tyle program szatana.
Teraz program Boga, Jezusa: Jesteście istotami bardziej skomplikowanymi, głębszymi i o znacznie większych potrzebach niż to sugeruje szatan. Człowiek, każdy z was, nie żyje samym chlebem, lecz również - w pewnym sensie przede wszystkim - słowem, które pochodzi z ust Bożych. Właściciel tych ust, czyli Twórca waszego życiodajnego pokarmu, sam Bóg, stanowi centrum waszego życia. Jemu należy oddawać pokłon, Jemu należy służyć - od tego zależy wasze "być lub nie być", życie. Nie jedzcie owoców z tego drzewa, nawet go nie dotykajcie, nie wystawiajcie Boga na próbę, nie kłaniajcie się byle komu i byle czemu i za żadne pieniądze. Tyle program Boga.
Na pewno rozumiemy, słyszymy, widzimy, jak różne są to programy. Pierwszy różowy, drugi - utrzymany w kolorystyce głębszej, soczystej. Pierwszy utrzymany w tonacji zachęty, drugi - w trudnej tonacji zakazu (nie jedzcie, nie kłaniajcie się). Ale teraz najważniejsze: pierwszy jest programem u-życia, drugi: życia. Dwa różne to światy, dwie różne propozycje szczęścia, dwa różne sposoby rozumienia tego, o co tak naprawdę chodzi w życiu. Sądzę, że to bezcenna wskazówka do rozróżnienia między szeptem szatana a głosem Boga.
Podobnie jak miłość tak i grzech ma wiele imion i twarzy, a jego tajemnica jest mroczna i nieprzenikniona nawet dla nas samych, autorów grzesznych odruchów. Niezwykle pouczającą lekcją jest to wszystko, co w tych dniach i tygodniach oferuje nam liturgia, przypomina Biblia, a co jest związane z Męką naszego Pana Jezusa Chrystusa. Oto na przykład Piłat, człowiek, który dla zachowania własnego prestiżu i pozycji, pewnego status quo w życiu, jest zdolny podeptać wszystkich i wszystko wokoło, łącznie z jedynym Sprawiedliwym. Oto Judasz, który z rozczarowania słabością Mistrza, za którym poszedł zdradza Jezusa. Oto Piotr, który nie potrafi się zgodzić na niepojęty dla siebie styl Mistrza i na swoją w tym bezsilność. Oto ci wszyscy ludzie mordujący Jezusa właściwie z jednej, najgłębszej przyczyny, która znajduje się w nich, u korzeni każdego grzechu, a mianowicie z lęku przed tym, by nie dać się ogarnąć Boskiej miłości. By nie pozwolić się ukochać. Jak odruch niedojrzałego dziecka, które wie, iż najbezpieczniej i najpewniej czułoby się w ramionach matki, ale nie potrafi przekroczyć niewidzialnej bariery pychy, zgody na to, że miłość drugiego przyniesie mu prawdziwe wyzwolenie i szczęście. Woli szlochać w odosobnieniu, przeżuwając w nieskończoność grudki własnego nieszczęścia. Być może, na tym polega piekło. Jednym z najważniejszych skutków grzechu jest smutek. Istota nawrócenia polega właściwie na nawróceniu się ze smutku. Na zgodzie na to, że nasze życie nie musi być rozpaczliwie smutne, że są rejony, gdzie jest nam obiecana prawdziwa radość, pokój serca. I dlatego prawda o grzechu ma nie tylko swoją mroczną stronę. Jest ona bowiem złożona - jak każda prawda. Jasna strona prawdy o grzechu jest prawdą o Bożym miłosierdziu. Najbardziej charakterystyczny rys wielkopostnego obrazu Boga, to Jego nieskończone miłosierdzie. Nasz Bóg to Ktoś, kogo wszechmoc objawia się w potędze przebaczania, w mocy stwarzania na nowo, w podnoszeniu z ruin grzechu delikatnych roślin ludzkiego życia i szczęścia, w przeprowadzaniu ze śmierci do życia. To Bóg, "który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał..."(Rz 8,31). I dlatego - brzmi pełen paschalnej właśnie nadziei wniosek św. Pawła - "...jakże miałby wraz z Nim i wszystkiego nam nie darować"?
Największy z biblijnych poetów, żyjący w VIII wieku przed Chrystusem, Izajasz, wzywając rodaków w imieniu Boga do nawrócenia, wyraża tę prawdę w genialnym literacko obrazie "dwóch kolorów": "Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją" (Iz 1,18). Jest to ulubiona metafora, po którą prorok sięga nader często: "choćby [wasze grzechy były] czerwone jak purpura, staną się jak wełna"(1,18); "Ręce wasze pełne są krwi. Obmyjcie się, czyści bądźcie!"(1,15). Bóg, który posługuje się głosem Izajasza, jest władny przebarwić człowiecze serce z ciemnej, nasiąkniętej krwią czerwieni grzechu, w biel dobra. Dlatego prorok woła: "Usuńcie zło uczynków waszych sprzed moich oczu! Przestańcie czynić zło! Zaprawiajcie się w dobrem!". W imieniu Boga składa propozycję tyleż tajemniczą, co pełną szacunku dla ludzkiej wolności: "Chodźcie i spór ze mną wiedźcie!" (1, 18). Instynkt samozachowawczy podpowiada, że osobiste nawrócenie jest konieczne. I być może po to tu dzisiaj jestem, w ten wiosenny wieczór: by na nowo zrozumieć, że grzech mnie niszczy, że grzech wypłukuje ze mnie życie. I że tak być nie musi. Że smutek nie jest kresem prawdy o mnie. "Wiele w tym życiu "musimy". Ale nie musimy czynić zła. A jeśli nawet jakaś siła, jakiś strach zmusza nas do czynienia zła, to nie zmusi nas do tego, byśmy tego zlać chcieli. Tym bardziej nie zmusi nas do tego, abyśmy trwali w tym chceniu. W każdej chwili możemy wznieść się ponad siebie i zacząć wszystko od nowa" (ks. Józef Tischner).
Może właśnie po to zwabił mnie tu mój instynkt samozachowawczy? Albo głębiej jeszcze: po to przywołał mnie Bóg.
Zakończę świadectwem jednego z kapłanów. Pisał kiedyś tak: Przypominam sobie jedną z najważniejszych spowiedzi mojego życia. Jest końcówka lat sześćdziesiątych. Duży neogotycki kościół daleko stąd, stary schorowany spowiednik, który zmarł juz kilkanaście lat temu. Musiało być ze mną nie najlepiej (z poziomem ufności, akceptacji siebie), skoro spowiednik odezwał się do mnie mniej więcej tak: "Nie przejmuj się aż tak bardzo swoją grzesznością. Widzisz te dwa meble kościelne, konfesjonał i balaski? Tak długo, jak długo jesteś wahadłem, które krąży nieustannie między nimi, zło nic ci nie zrobi. Wygrasz życie. Jeśli się wyślizgniesz z tej przestrzeni, może być z tobą krucho". Może właśnie po to zwabił mnie tu mój instynkt samozachowawczy? Albo głębiej jeszcze: po to przywołał mnie Bóg.
Amen.
(Źródła: J. Szymik, O cudzie Wcielenia, Katowice 2000.; P. Maier, Oścień śmierci, Wrocław 1997.)

10.00 - Msza Św. dla chorych i starszych wiekiem z udzielaniem sakramentu chorych (po Mszy Św. nabożeństwo z błogosławieństwem "lourdzkim" a następnie spotkanie przy stole)

(Nauka stanowa dla chorych, seniorów i cierpiących)

Umiłowani w Chrystusie Seniorzy
Pozwólcie, że rozpocznę od wiersza...
Stare kobiety w Kościele (ks. Janusz Pasierb)

młodzi mają tyle na głowie
chociażby włosów
poza tym szkołę, miłość i konflikt pokoleń
stare kobiety mają przede wszystkim choroby i wnuki
a ponadto mają na sercu Kościół


stare kobiety lubią być w Kościele
są najwierniejszą publicznością Pana Boga
nie od święta ale na co dzień
stare panny i samotne wdowy
przychodzą rano, w południe, wieczorem


klęczą, ślęczą w półmroku cierpliwie
tyle się naczekały w życiu
na życie,
na koniec którejś wojny,
na szczęście
na dzieci ze szkoły,
na męża z pracy albo z knajpy
one wiedzą że miłość to czekanie


one czuwają, panny wierne
w niemodnych kapeluszach
gubiąc zniszczone torebki


świat widzi tylko staruszki siedzące w Kościele
czasem proboszcz ofuknie je z konfesjonału
nawet wikary nie ma dla nich czasu


tylko Jezus który jest wiecznie młodzieńcem
widzi w nich ciągle swoje narzeczone
widzi w nich zawsze te piękne dziewczyny
które w czerwcowe wieczory stroiły w klonowe wieńce
w peonie i jaśminy girlandy i wstążki
feretrony na Boże Ciało i na procesję.


Tyle Pasierb. Myślę, że niektóre myśli poety warto sparafrazować: Człowiek starszy czuje się w kościele bezpieczny. Bóg nie stawia warunków dla swojej miłości. Nie żąda ani urody, ani sukcesu. Śmiem twierdzić, że dopóki ludzie starzy będą pojawiali się w kościelnych murach, dopóty Kościół pozostanie Kościołem. I dlatego za waszą obecność teraz i za każdym razem, dziękuję.
Parę wieków temu mnisi, którzy mijali się w klasztornych krużgankach, pozdrawiali się słowami: memento mori - "pamiętaj, że umrzesz". Dzisiaj taka forma pozdrawiania, jest raczej trudna do wyobrażenia. Już nie wypada mnichom pozdrawiać się w ten sposób. Wypada jedynie pogodnie uczestniczyć w ogólnoświatowym udawaniu, że starość nie nadejdzie, a śmierci nie ma. Co się tutaj stało? Myślę, że rzecz sięga bardzo głęboko w strukturę naszego świata. Nie roszcząc sobie pretensji do jedynie słusznej diagnozy twierdzę, że jest to jakaś forma repoganizacji świata. Jeśli mnisi nie mają odwagi przypominać światu, że przemija jeśli nam, kapłanom, brak odwagi w przypominaniu człowiekowi, że umrze funkcje tę przejmuje kultura, robiąc to często w sposób pełen goryczy i rozpaczy, z bolesnym krzykiem, nieraz niszcząc.
Piękno życia, prawda o nim, sięga jednak dalej i głębiej niż przedsiębiorczość i rzutkość. Nie jest prawdziwe wyobrażenie, że reklamowy sukces pozostaje jedyną wartością zdolną nadać sens życiu. Życie zaś nie jest tylko konkurencyjną giełdą, wyrzucającą ludzi starych i chorych poza swój margines.
Więc jak jest naprawdę? Ludzie starsi budzą poczucie więzi domowej i rodzinnej. To wokół ich fotela, a czasem i łóżka toczy się domowe życie. Na takim fotelu zawsze musi być miejsce dla więcej niż tylko jednej osoby, wszak wnuczki i wnukowie nie licząc się z prawami fizyki udowadniają, że fotel jest w stanie pomieścić trzy, a nierzadko i cztery osoby.
Dzięki seniorom także historia zyskuje swą twarz. Poprzez kontakt z uczestnikami dawno minionych wydarzeń, możliwa staje się moja więź z przeszłością. Wojna secesyjna, mimo że żywo mnie interesuje, pozostaje książkową lub filmową opowieścią. Podczas, gdy Powstanie Śląskie, które przeżył mój dziadek Władek, jest poniekąd dziedzicznie częścią mojego losu. Nie tylko "pieśń gmina", ale obecność sędziwego człowieka jest "arką przymierza miedzy dawnymi i nowymi laty".
Starość często musi zmierzyć się z cierpieniem, które najwierniej odzwierciedla mękę krzyżową Chrystusa. Ludzie starsi sięgają samej głębi sensu cierpienia. Stają niejako na progu tajemnicy i uchylają zasłonę. Dlatego mogą, nawet bez słów, pomóc młodszym w przezwyciężaniu strachu przed bólem i w zrozumieniu jego ostatecznego znaczenia. Przepiękną lekcję cierpienia i umierania dał nam wszystkim Święty Papież Jan Paweł II. Pouczał nas, że cierpienie znoszone w pokorze i miłości może prowadzić do odkupienia. Przez swoje cierpienie Ojciec Święty ukazał ludzkości znaczenie Krzyża, Wielkiego Piątku i Wielkanocy. Jednocześnie Papież dał nam lekcję godnego umierania, pokazał, że ten ważny moment w życiu człowieka trzeba przyjąć z pogodą. Przypomniał nam, że na tym świecie wszyscy jesteśmy pielgrzymami, dlatego przez całe życie trzeba godnie przygotowywać się na ten ostatni moment.
Wysoka pozycja starców w dawnych kulturach wiązała się nie tyle nawet z ich wiedzą i doświadczeniem, ile z przekonaniem, że są oni bliżej rzeczywistości niewidzialnej i mocy większych niż ludzkie. I to jest może najcenniejsza lekcja, jakiej człowiek "syty dni swoich" udziela młodym, zabieganym wokół rzeczy tego świata - lekcja kontemplacji, doświadczenia prawdy w jej najprostszych i najgłębszych wymiarach.
Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy osiągnęli mądrość serca - prosi psalmista (Ps 90, 12). Mądrość serca jest czymś więcej niż tylko sumą doświadczeń życiowych czy ukoronowaniem dokonań intelektualnych. Tę właśnie mądrość posiadają ludzie starsi. To wy, w swym ubóstwie, ukazujecie młodym wartości, których ani mól, ani rdza nie niszczą i uczycie patrzenia na świat sub specie aeternitatis - pod kątem wieczności. Dziś klękam przed wami i całuję wasze spracowane dłonie. Wraz z wami wspominam nieprzespane noce przelane łzy, godziny oczekiwań momenty porażek..., ale chcę też z wami świętować dziś chwile szczęścia i radości dni tryumfu i czasy sukcesów. To wszystko składa się na wielką lekcję życia za którą wam dzisiaj dziękuję.
Zwracając się do wszystkich ludzi starszych na całym świecie Papież Jan Paweł II powiedział: Drodzy bracia i siostry, nie traćcie otuchy, życie nie kończy się na ziemi, ale przeciwnie - tylko się tutaj zaczyna. Musimy być świadkami zmartwychwstania! Człowiek starszy powinien być pełen radości: spokojnej radości z tego, że czas się dopełnia i bliska jest nagroda, jaką Chrystus przygotował swemu wiernemu słudze. Przychodzą tu na myśl wzruszające słowa apostoła Pawła: W dobrych zawodach wystąpiłem bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia, a nie tylko mnie, ale wszystkim, którzy umiłowali pojawienie się Jego (2 Tm 4, 7-8)
To co budzi mój najgłębszy podziw i co było cnotą Jana Pawła II, to starzenie się ze wzrokiem wpatrzonym gdzieś w życie już nie z tego świata sub specie aeternitatis - pod kątem wieczności... Tej właśnie cnoty chciałbym się z całą pokorą uczyć i pragnąłbym swoje starzenie - o ile będzie mi ono przez Boga dane - uczynić podobnym. Jan Paweł II był człowiekiem, który dogłębnie był świadkiem życia czerpiącego swą siłę wprost z Boga, uczył jak można być wielkim bez przytupu i jak można starzeć się bez goryczy.
Życzyłbym nam wszystkim byśmy się starzeli w ten sposób to znaczy żeby nasza ufność w to, iż warto kochać i spalać się w tej miłości była większa niż trwoga naszego przemijania.

(Źródła: J. Pasierb, Po walce z aniołem, Warszawa 1996.; Jan Paweł II, Kościół a ludzie starsi, w: "L`Osservatore Romano" 20(1999) nr 3.; J. Szymik, Bóg "przygarnia i unosi". Przemijanie w blasku Wcielenia, w: "Ethos" 47 (1999).; M. Chuda, Mądrość serca, w: Ethos 47 (1999).; S. Zawada, Starość - trendy czy passe. O przywrócenie ludziom starszym właściwego miejsca w społeczeństwie, w: 'Teologia i moralność" 4 (2008).)

20.00 - Nabożeństwo pokutne a po nim do 24.00 wystawienie Najśw. Sakramentu i okazja do spowiedzi św.!

     
   


11 marzec -   Środa:    "o niebie, czym jest..."

Msze Św. z nauką rekolekcyjną: 8.00 i 18.00



(Tekst nauki: o niebie...)

Po refleksji nad życiem, miłością i tajemnicą ludzkiej nieprawości - grzechem proponuję dziś zadumę nad nadzieją nieba. Bo skoro nasze życie z Niego, przez nas, ku Niemu przepływa więc trzeba spojrzenia ku nieskończoności.
Niebo
Czym jest?
Bogiem samym, w którego miłujące wnętrze wpadamy na wieczność. Ks. Michał Heller mawiał: "Rzucić się w otchłań Boga... Jeśli nie potrafimy tego w życiu, to przynajmniej przygotowujmy się do tego, by nasza śmierć była kiedyś rzuceniem się w otchłań Boga. Ale nie takim jak rzucenie się samobójcy w ziejącą przepaść, lecz takim, jakim jest rzucenie się w ramiona kogoś, kto bardzo kocha... Ramiona delikatne, ale potężne, przenikające sobą cały czas i wieczność". Tak na ziemi, jak i w niebie Bogu i człowiekowi cudownie jest być razem.
Niebo. Jego najpełniejszym obrazem, który znajdujemy na kartach biblijnych jest obraz uczty. Uczty, która toczy się w obecności Boga. Podstawowe nastroje, jakie jej towarzyszą, to radość, wspólnota, dzielenie się, sytość, zjednoczenie z Bogiem i braćmi. To, co robił Chrystus to wyzwalanie z panowania śmierci: zapewniał pełnię życia, dając symbolicznie chleb i wino w obfitości dla wszystkich, przezwyciężał wrogie człowiekowi moce (takie jak choroba, niemoc, brak mowy, ślepota, głuchota), budował nowe relacje pomiędzy ludźmi - zamiast wrogości braterstwo, przebaczenie zamiast nienawiści. I podstawowe źródło tego wszystkiego - bliskość Boga. Boga, który jest wszystkim we wszystkich. To niebo - w chrześcijańskim rozumieniu tego słowa - jest kresem ludzkiego pielgrzymowania, celem naszych wysiłków, miejscem, gdzie Bóg zbiera każdą kroplę naszego potu, naszej krwi, naszej miłości. To, co ludzkie, nie jest wrogiem tego, co Boskie i odwrotnie. Bogu i człowiekowi cudownie jest być razem, w każdym możliwym sensie tego słowa. Bóg nie chce budować człowieczego szczęścia wbrew temu co człowiekowi drogie, wbrew ludzkiej wolności.
Bóg nie rozdziera, Bóg rozdarte zszywa. Przynajmniej ten, którego objawił Jezus Chrystus na kartach, które zwiemy Dobrą Nowiną. Właśnie dlatego jest ona Dobrą Nowiną. I nie wiem, jak Bóg to zrobi, by wypełnić niebo ludźmi, których kocham, ale taki jest na pewno, bo takiego objawił nam Chrystus. I w takiego wierzę. Natomiast wiem także, że zawsze, kiedy godzę się ze spokojem na bycie szczęśliwym mimo nieszczęścia innych - jestem od Boga nieskończenie daleko.
Tym co łączy niebo z ziemią i człowieka z Bogiem już tu na ziemi jest Eucharystia. Udając się do domu Ojca na świętą Eucharystię uświadamiamy sobie też prawdę, że wchodzimy w inny świat. Kościół jest znakiem nieba. Mieszka w nim Ojciec, który jest w niebie. W domu Ojca niebo łączy się ziemią. Wchodząc do niego stajemy przed obliczem Stwórcy i Pana, naszego Boga i Ojca. Pan Jezus nie tylko zachęca nas, abyśmy spożywali Jego Ciało i pili Jego Krew. On także przestrzega: Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, jeśli nie będziecie spożywali ciała Syna człowieczego i nie będziecie pić Krwi Jego nie będziecie mieli życia w sobie (J 6, 53). Tak Bóg widzi tajemnicę życia. Mówiliśmy już o tym w czasie rekolekcji. Mieć w sobie życie, to kochać Boga i kochać ludzi. Miłość jest podstawową regułą życia. Poza nią jest śmierć, jest piekło i smutek. Kto kocha Boga, będzie żył z Nim w wielkiej bliskości. Dzięki niej będzie zdolny kochać bliźniego jak siebie samego.
Przyjmowanie Komunii świętej trzeba widzieć także jako realizację głównego przykazania, które zostawił nam Chrystus: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem (Mk 12, 30). Jeśli ktoś tak kocha Boga, to czyż nie zaprosi Go do swego serca i nie odda Mu swego życia? Przecież trudno mówić o miłości, jeśli się kogoś trzyma na dystans i zamyka się przed nim drzwi. Miłość otwiera drzwi i zaprasza. Nakrywa stół najlepszymi potrawami i upiększa dom, aby cieszył coraz bardziej ukochanego. Nie uciekajmy przed miłością. Nie bójmy się kochać Boga. Nie mówmy, że nie potrafimy Go tak kochać, aby Go zaprosić na stałe do naszego serca. Nie pozwólmy się zwodzić duchowi tego świata, który zrobi wszystko, aby nasze serce nie pokochało Boga. Niech znakiem naszej miłości do Boga będzie nasze czyste serce, wolne o grzechu ciężkiego, otwarte dla Tego, który stoi u drzwi i kołacze, przyjmujące z radością Chrystusa, gdy przychodzi do nas w Komunii świętej. Niech też znakiem naszej miłości do ludzi będzie serce otwarte na braci, abyśmy umieli dzielić ich bóle i strapienia, radości i nadzieje.
Wiara w niebo tak rozumiane i przekonanie, że w chrześcijańskim życiu chodzi ostatecznie o to, by ziemię przemieniać w niebo, może być początkiem nawrócenia ze smutku do nadziei. Rekolekcje są ostatecznie zawsze służbą nadziei. Tak je rozumiem.
Przygważdża nas grzech, cierpienie, ciężar przeróżnych segmentów ludzkiego żywota. Rekolekcje są służbą nadziei w tym sensie, że są wysiłkiem podlewania jej, kruchej roślinki, narażonej z wielu stron. Są wynikiem wydobywania jej spod kurzu codzienności, spod gruzów porażek, spod zamętu grzechu. Dlaczego nadzieja? "Jestem przekonany, że jako chrześcijanie jesteśmy odpowiedzialni za poziom nadziei w świecie". Tak mawiał ks. Pasierb. To cytat z jego książki. Ja z kolei jestem głęboko przekonany, że walka o nadzieję na tym podstawowym, prywatnym polu bitwy, jakim jest życie każdego z nas, jest najważniejszą walką, jaką w ogóle toczymy. W miarę upływu życia coraz bardziej rozumiemy, że właściwie o nią toczy się zasadniczy bój w życiu moim, twoim, każdym. Bo przecież doświadczamy tego tak dotkliwie i nagminnie: wszystko się kończy, niknie, choruje, maleje, zmierza ku śmierci. Wszystko minie, jest takie krótkie i nietrwałe...
Na czym zawiesić nadzieję? Niektórzy proponują złudzenia. Ale jeśli wystarczyłoby naprężenie mięśni, kolorowe opakowanie, arcypolskie "jakoś to będzie", ja rezygnuję.
Jeśli nadzieja miałaby być obroną złudzeń - już lepsza jest trzeźwa rozpacz. Nadzieja ma tylko jedno imię - Jezus Chrystus. Budowanie jej na czymkolwiek (kimkolwiek) innym jest ułudą. Więc raz jeszcze, dlaczego nadzieja? Bo Bóg jest miłosierną miłością, która na miarę swej wszechmocy zrobi wszystko, by nie dać zginąć człowiekowi. To jest właśnie źródło nie wysychające naszej nadziei: kiedy myślimy o śmierci, kiedy myślimy o własnych grzechach, kiedy przegrywamy i przemijamy. Bóg miłosierny jest większy i mocniejszy niż to wszystko, co nas niszczy. Nie ma innego gwaranta radości życia i uzasadnienia jego sensu.
Pora na wnioski. Co z tym wszystkim zrobić? Z tym, co podarował nam w tych dniach dobry Pan Bóg. Każdy z nas, jestem o tym głęboko przekonany, powinien w tym momencie myśleć o konkretach własnego życia. Każdy z nas jest inny i inaczej "wymyślony" przez Boga, odrębnie i indywidualnie kochany przez Boga. Niemniej parę wspólnych wniosków wyprowadzić chyba jesteśmy w stanie. Chciałbym się ograniczyć do czterech propozycji:
  1. Po pierwsze - życie. Budować życie na Chrystusie. Ujawniać miłość Boga. Iść za Chrystusem. Oddawać życie każdego dnia. Bóg chciał napełnić ziemię ludźmi, w których jest żywe Jego odbicie. Starajcie się, by wasze małżeństwo było każdego pracownią rzeźbiarską, gdzie się rzeźbi i uczy rzeźbić miłość, słowem, czynem, odniesieniem, milczeniem, opanowaniem, pomocą, przebaczeniem... Stawajcie się ludźmi nieustannego nawrócenia, od siebie ku Bogu, od złu ku dobru, od dobra ku lepszemu jeszcze... Służcie i uczcie służyć. Służcie sobie nawzajem w małżeństwie, służcie dzieciom - mądrze, rodzicom, sąsiadom, starszym, chorym, pomagajcie, wspierajcie, dzielcie się... Postępujcie tak, aby sobie zasłużyć na część i miłość ze strony waszych dzieci (JPII LR15).
  2. Wniosek drugi: warto dbać o nieustanne trwanie we wspólnocie z Chrystusem i nie szczędzić wysiłku, by tak właśnie było. Nie wolno pozwalać sobie w życiu na marnowanie jego cennych kawałków, na coś, co językiem katechizmowym nosi nazwę życia bez łaski uświęcającej. Słynna przypowieść o winnym krzewie z 15 rozdziału Ewangelii św. Jana jest tutaj obrazem nie do przewyższenia. Tylko wtedy, kiedy idziemy przez życie wszczepieni i w Niego, razem z Nim, wtedy z cudu przyjścia Chrystusa na ziemię czerpiemy niezwykłą pasję życia i witalność. Wtedy każda kropla naszego potu, krwi, dobro, najprostsze gesty mają swój zbawienny sens. Tylko życie przeżywane z Nim jest życiem jasnym i pełnym.
  3. Wniosek trzeci, który - być może - dla każdego z nas oznacza co innego, ale warto go nazwać wspólnie dla nas wszystkich mianowicie inwestować w swój rozwój duchowy. Współczesny świat ma tendencję do inwestowania w dziesiątki i setki różnych sfer. I dobrze. Ale niech te rekolekcje przypomną nam o obowiązku inwestowania w obszarze własnej, osobistej sfery duchowej. Najprościej zredukowałbym ten wniosek do takiej rady: zaciągać samemu sobie wędzidła, zatrzymywać się w biegu, czytać i modlić się. Nie pozwolić sobie na wyślizgnięcie się z przestrzeni pomiędzy konfesjonałem, a balaskami. Nieraz nie trzeba więcej.
  4. I wniosek czwarty. Zamieniać nieustannie ziemię w niebo dla drugich. Nie jest tak, że im bardziej wpatrujemy się w niebo, tym mniej dostrzegamy ziemię. Zdrowe chrześcijaństwo z nadziei na niebo czerpie siły do przemiany ziemi. Chrześcijaństwo jest religią, która się sprawdza ostatecznie zawsze w konkrecie miłości, w sytuacjach najprostszych. W tych np., że używa się dłoni po to, aby pogłaskać główkę dziecka, a nie po to, aby dać w twarz drugiemu człowiekowi. Używa się palców u nóg po to, by stąpać cicho przy łóżku chorego, a nie po to, by kopać tego, który leży. Taka jest optyka miłości Boga. I taka jest optyka patrzenia człowieka, który kocha. Te najprostsze sytuacje są ostatecznym testyfikatorem, sejsmografem, papierkiem lakmusowym naszej bliskości bądź odległości wobec Boga.
Czy rzeczywiście jesteśmy Jego dziećmi? Czy tu i teraz mnie i Bogu cudownie jest być razem? Nie traćmy entuzjazmu! Sprawy tego świata zależą od nas, ale nie tylko. Bóg po to się wcielił i żył jak każdy z nas, tęsknił, kochał, cierpiał, płakał by nasze tęsknoty, miłości, cierpienia i łzy - nabrały jedynego w swoim rodzaju blasku. Jeden ze śląskich poetów Joseph van Eichendorff: powiadał: "Tam, gdzie znajduje się entuzjasta, tam znajduje się szczyt ziemi, szczyt świata". Życzę Wam u końca tych rekolekcji: Bądźcie entuzjastami Boga! Pozostańcie entuzjastami życia, miłości i nieba. Niech szczyt świata, szczyt ziemi objawi się tutaj u św. Pawła w Bielsku. Amen.

(Źródła: J. Szymik, O cudzie Wcielenia..., Katowice 2000.; S. Szczepaniec, Eucharystia w domu Ojca, Kraków 2004.; Jan Paweł II, List do Rodzin.

ZAKOŃCZENIE REKOLEKCJI





Ten artykuł pochodzi ze strony:
http://www.pawelbielsko.pl